Wszystkie niemal potrzeby, nawet gospodarcze, o ile znajdowały się po za minimum egzystencji, należało zaspokajać na drodze pozagospodarczej.

Chciałbym przedstawić ocenę Jana Stachniuka dotyczącą postaw Polaków wobec spraw gospodarczych, który wyraził on w eseju „Dzieje bez dziejów”. Jestem przekonany że wielu osobom może się ona wydać bardzo kontrowersyjna, szczególnie dla osób traktujących kościół katolicki i chrześcijaństwo jak świętość ku której nie wolno skierować żadnej krytycznej uwagi. Jednak moim zdaniem bardzo dużo przykładów z najnowszej historii i czasów obecnych wydaje się jakby żywcem wyjętych z obrazu malowanego przez Jana Stachniuka. Lata upadku realnego socjalizmu z hasłami „czy się stoi czy się leży …”, transformacja ustrojowa z hasłem „pierwszy milion trzeba ukraść” to wydarzenia o których Stachniuk nic nie mógł wiedzieć. Może się wydawać, że krytykowanie nas Polaków jest szkodliwe, lecz ja uważam że bez zrozumienia siebie samych, razem z tymi cechami do których nie chcemy się przyznawać jest niezbędne dla uzyskania jakichkolwiek rezultatów.

 
„Potrzeby ludzkie, o ile pominiemy te, które są związane z koniecznością fizycznego utrzymania się, są nieograniczone. Z chwilą, gdy tylko nastąpi ich uświadomienie, zaczynają z reguły dopominać się o zaspokojenie, wywierając stały nacisk na umysłowość człowieka. Wynika to stąd, iż potrzeby ludzkie są czymś niezależnym. Nie stoją w jakimś przyczynowym związku z wolą pracy, która jest wykładnikiem typu kulturalnego. Łatwo więc o przeciwstawność pomiędzy kwantum energii gospodarczej typowej jednostki, a jej nieproporcjonalnie wybujałymi potrzebami, szczególnie tam, gdzie styczność z jakąś wysoką cywilizacją owe potrzeby narzuca wyobraźni.”

 
Rozważmy jaki wpływ miała dekada Gierka i importowane towary, jaki wpływ miała transformacja ustrojowa powodująca nieograniczony napływ zachodnich towarów.

 
„Otóż w Polsce mamy tę przeciwstawność. Przy nader słabym napięciu woli do wysiłku i pracy, nie przekraczającym na ogół konieczności utrzymania się, istnieje ogromna skala niezaspokojonych potrzeb konsumpcyjnego i luksusowego charakteru. Nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyż jest to właściwość ogólnoludzka. Ażeby znaleźć wyjście z tej rozbieżności, systemy religijne z zasady stawiają ideały ascezy. Asceza ascezie jednak nie jest równa. Asceza purytańska, ta która stała się fundamentem umysłowości anglosaskiej, była oparta o głęboką zasadę celowości. Jednostka, oddając się wytężonej działalności zawodowo-gospodarczej, musiała pędzić żywot ascetyczny, gdyż to było warunkiem owocnej pracy, uwidaczniającej się w bogactwie i rosnących zyskach. Przyrost zaś bogactwa w końcu prowadził do tego, że zaspokojenie licznych nawet potrzeb nie nastręczało trudności. (…)
Inaczej działo się w Polsce. Sławetne siedem grzechów głównych katolicyzmu były zawieszone w powietrzu. Nie było dla nich żadnego innego uzasadnienia ponad czysto sakralne. Wykroczenie więc przeciw ascezie katolickiej w życiu codziennym było rzeczą pospolitą. Ilustruje to obyczajowość polska ostatnich stuleci. Wola minimum egzystencji sprawiła w naszej psychologii gospodarczej ciekawe zjawisko. Ideał skromności nakazywał podejmowanie wysiłków produktywnych do granicy spełniającej minimum egzystencji. Niepisaną więc zasadą stawało się przeświadczenie, iż każdy wysiłek, który miałby te granice przekroczyć, byłby czymś niewłaściwym, czasem nawet wprost nieprzyzwoitym. Wszak w światopoglądzie katolickim "gospodarstwo jest tolerowane tylko jaka niezbędny warunek życia i duchowego doskonalenia się". Jeśli zatem ktoś żywił jakieś pragnienia, które gdzie indziej na drodze wysiłku gospodarczego dawały się zaspokoić, to w życiu polskim napotykał na swej drodze niepisany, nawet wyraźnie nieformułowany, jednak dający się wyczuć zakaz.”

                 By nie sięgać daleko spójrzmy na własne podwórko. Dla blogera Krzysztofa Wojtasa wysiłki gospodarcze skierowane na „ekspansję”, czyli właśnie ponad minimum egzystencji, prowadzą do totalitaryzmu. A totalitaryzm dla każdego Polaka jest na pewno czymś nieprzyzwoitym, niewłaściwym.

 
            „Wszystkie niemal potrzeby, nawet gospodarcze, o ile znajdowały się po za minimum egzystencji, należało zaspokajać na drodze pozagospodarczej. W ten sposób powstała dziwna cecha charakteru narodowego. Bogactwo, znaczenie, dobrobyt, zdobyty własnym wysiłkiem gospodarczym, jest w oczach opinii czymś "trefnym". Natomiast za bardzo właściwe uchodzi zdobycie tego wszystkiego, dzięki spadkowi, grze na loterii, bogatemu ożenkowi, wygranej w karty, jakiemuś przywilejowi politycznemu i t. d. Politowania jest godna pozycja "dorobkiewicza", lecz znaczenie zdobyte dzięki jakiejś synekurze politycznej, jakiejś "kombinacji" - to tytuł do chluby. Przeświadczenie, iż zdobycie pozycji gospodarczej w życiu należy uskuteczniać nie na drodze sprawności i wysiłku wytwórczego, lecz za pomocą zabiegów pozagospodarczych, jest własnością wszystkich Polaków, bez różnicy stanów. W świetle tych uwag rozróżnianie pomiędzy umysłowością szlachecką i nieszlachecką jest pozbawione podstaw. Istniejący typ szlachecki nie oddziałał na rozwój ekonomiczny w tym stopniu, jak to się zazwyczaj mówi. Najbardziej podstawowe cechy agospodarności przypisywane tylko jemu, są właściwe każdemu Polakowi. Tę dziwaczną cechę, będącą jednocześnie czymś najbardziej prawidłowym, nazywam "postawą nadkonsumpcji". Zasadza się ona na rozbieżności pomiędzy wolą minimum egzystencji, jako normą wysiłku gospodarczego "polakatolika ekonomicznego", a napięciem potrzeb wyższego rzędu, dla których niema uzasadniania w bodźcu do pracy, a tym samym środków pokrycia. Wysiłek gospodarczy zdążający do ich zaspokojenia, nie posiada uzasadnienia moralnego nie jest poparty nakazami religii, etyki, obyczajów. Jest to wyraz umysłowości antykapitalistycznej, stworzonej przez dogłębne wychowanie w ideałach katolicyzmu. Zrozumiałe więc jest, iż będąc produktem polskiej ideologii grupy, "postawa nadkonsumpcji" jest właściwa każdemu polakatolikowi. W ciągu ostatnich dziesięciu pokoleń postawa nadkonsumpcji zapuściła tak głębokie korzenie w duchowość polską, że jest jak powietrze niedostrzegalna. Dostrzega się natomiast tylko jej wtórne skutki. I tak, narzeka się na brak zamiłowania do pracy, przywiązania do swego zawodu u naszego chłopa, rzemieślnika, brak zrozumienia dla wytężonego wysiłku produkcyjnego, powszechna niechęć i pogarda dla "dorobkiewiczów", szacunek i ciepłe współczucie dla tych, którzy po przez rozrzutność i marnotrawstwo stracili odziedziczony majątek, przegrali w karty lub przepili. W ogóle konsumpcja, wystawność, o ile środki na nią są zdobyte na drodze zabiegów pozagospodarczych, w opinii powszechnej podnosi człowieka, dodaje uroku, w przeciwieństwie do twardego wysiłku gospodarczego i jego owoców, w postaci zdrowego dobrobytu, który na ogół nie wzbudza sympatii, a tym mniej uznania. Wiele paradoksów gospodarczych Polski ma tu swoje źródło.
Postawa nadkonsumpcji wywiera stały nacisk na psychikę polakatolika ekonomicznego. Tak jak ptaszek odczuwa potrzebę uwicia gniazdka, lak też postawa nadkonsumpcji dąży do zaspokojenia, do wyładowania się. Stać się to może dwojako: w sposób niezorganizowany indywidualny i zorganizowany społeczny, W pierwszym wypadku mamy sporadyczne wyładowanie się postawy nadkonsumpcji w izolowanych czynach poszczególnych jednostek. Formy tego mogą być najróżniejsze: brak szacunku dla cudzej własności, skłonność do "letkiego" życia, usług pozagospodarczych i t. p. Inaczej jest w wypadku społecznego, zorganizowanego przejawiania się postawy nadkonsumpcji. Napięcie postawy nadkonsumpcji żywione przez miliony jednostek, w danych konkretnych okolicznościach żłobi sobie ujście społeczne, wykształcając trwały system.”

 
            Pamiętamy nomenklaturę uwłaszczającą się na państwowym majątku. Dziś dorabianie się na polityce nikogo nie dziwi, tak jak mianowania na wysokie stanowiska w spółkach skarbu państwa. Jak również kwestie skupowania roszczeń i reprywatyzacyjne afery na nieruchomościach komunalnych. Obecnie zwolennicy pieniądza suwerennego forsują koncepcję by to państwo tworzyło pieniądze i rozdawało je pewnym uprzywilejowanym grupom.

 
            „Cechą zasadniczą systemu, realizującego nadkonsumpcję jest to, iż ciężar jego spaść musi na czyjeś barki. Przy niezorganizowanym, indywidualnym przejawianiu się postawy nadkonsumpcji, koszta ponosi przypadkowa jej ofiara, w systemie natomiast - jakaś wielka grupa społeczna. Innymi słowy, realizacja systemu nadkonsumpcji pociąga za sobą konsekwencje w postaci rozpadnięcia się grupy narodowej na:
a) podmiot nadkonsumpcji i
b) jej przedmiot.
Stwarza to podział na swoiste klasy, albo najczęściej, pogłębia konkretny podział zastany. Skutki społeczne polegają na tym, iż warstwa będąca ofiarą systemu nadkonsumpcji, jego przedmiotem, zostaje zepchnięta na poziom bytowania tak niski, że potrzeby wyższego rzędu niż minimum egzystencji nie będą miały dostępu do świadomości jej poszczególnych członków. Spowoduje to brak wyraźnie zarysowanej postawy nadkonsumpcji u członków tej warstwy. Wówczas łatwo powstaje złuda, iż postawa nadkonsumpcji jest nierozerwalnie złączona z daną górną warstwą, na rzecz której pracuje system nadkonsumpcji. Tak np. wierzono i wierzy się, iż "postawa nadkonsumpcji" jest wyłącznie cechą szlacheckiego charakteru. Doświadczenia w państwie niepodległym, wykazały jednak, iż rządząca warstwa inteligencka posiada też same skłonności, chociaż składa się z jednostek w poważnym stopniu pochodzenia nieszlacheckiego. Nie mogła się nasunąć myśl, iż ustrój społeczno-gospodarczy Polski w XVI w. oparty na poddaństwie, był okolicznością konkretną, w której instalował się "system nadkonsumpcji" wijąc swoje gniazdko. Wyłaniał się on z chceń i pragnień skatoliczonej masy szlacheckiej, żłobiąc swoje łożyska w ramach ustroju pańszczyźnianego, w którym podmiotem systemu musiała zostać szlachta. Mamy tu wytłumaczenie straszliwych skutków poddaństwa w Polsce. Istniało ono i gdzie indziej w Europie, lecz nie wszędzie działał "system nadkonsumpcji". Tylko w krajach dogłębnie katolickich ustrój pańszczyźniany sprawił pauperyzację warstw eksploatowanych (przedmiotu nadkonsumpcji), tak straszliwą, że rozwój ludnościowy na całe stulecia uległ wybitnemu zahamowaniu.”

 
            Wystarczy że spojrzymy na średnie zarobki w Polsce i porównamy je z medianą. Historie właścicieli firm płacących pracownikom minimalne stawki i jednocześnie kupujących dla prestiżu coraz droższe samochody są powszechnie znane.
            Czy Jan Stachniuk miał sporo racji i trafnie uchwycił naszą postawę gospodarczą, czy może są to tylko wyssane z palca rojenia szalonego anty katolika? Każdy musi sobie sam odpowiedzieć na to pytanie.