Świat to stół zastawiony daniami, do którego on się zgłasza. Kto i na co ten stół zastawił - to jest dlań dalekie.

             Nic nie mogę poradzić na to, że Jan Stachniuk poruszał tematy które są ciągle żywe i aktualne. Tym razem chciałbym odnieść poglądy Stachniuka do propozycji zmian w architekturze monetarnej, jakie pojawiają się w obiegu alternatywnym. Kluczowy powód konieczności takich zmian wyartykułowała Izabela Litwin, twierdząc że obecnie żyjemy w „epoce obfitości” i dlatego konieczna jest nowa ekonomia. W „epoce obfitości” towarów mamy w nieograniczonej ilości i jedynym problemem przed którym stoimy to brak pieniędzy na ich kupowanie. Tym samym konieczna jest emisja suwerennego pieniądza, którego nie trzeba będzie nikomu oddawać z procentem, dla rozwiązania tego problemu. Ta idea ma bardzo wielu zwolenników, różniących się między sobą tylko tym, kto powinien te suwerenne pieniądze otrzymywać. Do tej samej grupy zaliczam także zwolenników socjalnej działalności państwa, uważających że wszelka działalność prowadzona dla zysku jest zła, szkodliwa i powinna być zakazana. Wszystko co potrzebne do życia powinny dostarczać państwowe instytucje, działające oczywiście „non profit” bo wtedy te dobra będą tanie i dostępne dla wszystkich.

Jan Stachniuk pisał tak barwnym językiem, że czarną niewdzięcznością wobec niego byłaby próba przedstawiania jego poglądów własnymi słowami. Mimo więc „gróźb” redakcji, dotyczących cytowania dużych ustępów cudzej twórczości, chciałbym jednak przedstawić dwa fragmenty dzieła Stachniuka „Chrześcijaństwo a ludzkość” (łatwo dostępne w sieci), które wg mojej oceny stanowią odpowiedź dla opisywanych postulatów:

 
Oprócz woli czystej wegetacji nawet w najbardziej ospałym dekadencie istnieje instynkt zabawowy, chęć pewnego ruchu fizycznego i umysłowego, ale tylko w granicach bezpośredniego zadowolenia, które ten ruch daje. (…)chciałby on czasem dobrze zjeść, wypić, potańczyć, pływać kajakiem, przeżyć wzruszenia artystyczne koncertu, dramatu, zaznajomić się z nową teorią naukową, polityczną itd., by w końcu pogrążyć się w odprężeniu i niezmąconym spokoju.
Ale środki służące temu wszystkiemu ktoś musiał stworzyć ciężką pracą, której cele na pewno nie leżały w tym, by ktoś inny mógł w pasożytniczy sposób "używać", "sycić się wrażeniami" itd. Dla hedonisty motywy inne niż bez odpowiedzialny utylitaryzm są zupełnie niezrozumiałe. Nie jest on zdolen pojąć historii, zmagań i walk, gdyż bodźce, które je stwarzają, są mu wraz z całą kulturą obce. On pojmuje tylko użycie, wytworną konsumpcję. Świat to stół zastawiony daniami, do którego on się zgłasza. Kto i na co ten stół zastawił - to jest dlań dalekie. A myśl, że uczta, która dlań wszystkim, to w ciągłości tworzenia kultury tylko jedno z ogniw, zupełnie doń nie dociera. W procesach kultury zdolności człowieka, wytwory w postaci państwa, narzędzi pracy, komunikacji, bogactw, nauki, sztuki itp. są środkami dalszego przeistaczania i wiązania energii ładu naturalnego. Dla hedonizmu są one tylko środkami użycia.”
 
Personalista pragnie spokoju, odprężenia, wolności od wszystkiego, a historia zmusza go do wielu obowiązków, które są "gwałtem i niewolą". Wszechmiłość ten sam nacisk odczuwa jako niepojęte "okrucieństwo i złość" ludzką. Bo i naprawdę tylko złością i okrucieństwem można wytłumaczyć srogie sankcje, którymi państwo i społeczeństwo zmusza pozahistorycznego "człowieka" do tego lub owego. Hedonizm zaś, patrząc na niezmierny mozół, trud budowania państw, imperiów, na walki, wojny, poprzez które stwarza się historię, i rozumując, że motywem działania może być jedynie konsumpcja, używanie, dochodzi do słusznego wniosku, iż tylko niepojęte szaleństwo zmusza ludzi do tego wszystkiego. Przez to szaleństwo tyle się cierpi, ono więc jest istotnym złem w świecie ludzkim. W tych właśnie kategoriach widzi dekadent napór panhumanizmu. Będzie on dlań zawsze gwałtem, okrucieństwem i szaleństwem. Nie ulega wątpliwości, że stół nakryto i zastawiono wspaniałymi daniami. Jeśli nie wszyscy do tego stołu mogą się dostać, to tylko dlatego, że istnieją siły zamącające beztroskie używanie - gwałt, okrucieństwo i szaleństwo.
Myśl, że bodziec tworzycielski, ukazujący się w postępie techniczno-produkcyjnym, społecznym, wywołuje twarda praca, wytężenie, pasja i namiętności organizatorów, wynalazców, nie ma dostępu do świadomości dekadenta. Wszystko się dzieje "samo". Jakiś automatyzm ewolucji rzekomo sprawia, że powstają pomysły techniczne, organizacyjne, budują się fabryki, miasta, a tylko gwałt, okrucieństwo i szaleństwo powodują, że dzieje się to wszystko z męczącym wysiłkiem, który dekadent odczuwa jako dotkliwy ból. Nie może on nigdy sobie skojarzyć, że to, co określa jako "zło", to są właśnie motoryczne siły postępu.
Osiągnąć raj ziemski można tylko drogą wyrugowania tego zła. Wtenczas pozostanie już tylko dobro i używanie bez kresu. (…) zło przybiera jednolitą postać. Tworzą je: złośliwość i głupota ludzka, wadliwe funkcjonowanie społeczeństwa i wyzysk człowieka przez człowieka. (…) wadliwe funkcjonowanie społeczeństwa często kojarzy się ze złem tkwiącym w samej istocie cywilizacji. Dekadentyzm tego kierunku z lubością zwraca się do wizji życia przedcywilizacyjnego, udowadniając, że zło idzie za cywilizacją. Gdy natomiast zło sprowadza do "wyzysku człowieka przez człowieka", sprawa staje się jasna i łatwa do rozwikłania.”